Dziennik Rozkazu 5123/1998 – Ping-Pong urzędniczy, alimenty i honor oficera

Dziennik Rozkazu 5123/1998: Ping-Pong urzędniczy, alimenty i honor oficera

Często słyszę pytania (lub czytam insynuacje rzecznika): „Skąd u Pana te długi? Czyżby niegospodarność?”.
Dziś w Muzeum Bezprawia pokazuję dokument, który jest aktem założycielskim mojej finansowej śmierci cywilnej.

Moje problemy nie zaczęły się od „życia ponad stan”. Zaczęły się w lutym 1999 roku, kiedy ciężko zachorowałem. Jako obywatel i funkcjonariusz byłem pewien, że państwo prawa chroni człowieka na zwolnieniu lekarskim. Myliłem się.

Gra w Ping-Ponga człowiekiem

Sytuacja była patowa:

  • Policja (KWP) przestała mi wypłacać pensję, twierdząc, że zostałem zwolniony ze służby z dniem 31.12.1998 r. (mimo że nie doręczono mi rozkazu i byłem na L4).
  • Udałem się więc do ZUS po zasiłek chorobowy, jaki należy się każdemu ubezpieczonemu, który dostarcza zwolnienia lekarskie.

A co na to ZUS? Odesłał mnie z kwitkiem. Dosłownie.


Dowód zbrodni urzędniczej: pismo ZUS z 22.02.1999 r. „Nie miał Pan prawa do zasiłku chorobowego... o wypłatę należy zwrócić się do Komendy Wojewódzkiej Policji”.

„Nie jest Pan pracownikiem, jest Pan policjantem”

W piśmie z 22 lutego 1999 r. ZUS wyjaśnia, że do zakresu działania Zakładu nie należą świadczenia pieniężne zastrzeżone dla resortów takich jak Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Innymi słowy: „mundurówka to nie nasza sprawa”.

Dalej urząd stwierdza, że nie spełniam warunku pracownika, a więc nie miałem prawa do zasiłku chorobowego ani w czasie trwania zatrudnienia, ani po jego ustaniu. I na koniec pada kluczowe zdanie: za wypłatę świadczenia za okres choroby od 1 stycznia do 3 marca 1999 r. mam się zwrócić do Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wielkopolskim.

Podsumowanie logiki państwa:

  • Dla ZUS – jestem policjantem, więc nie obejmuje mnie system powszechny.
  • Dla Policji – już nie jestem policjantem, więc nie należy mi się wypłata za czas choroby.

L4, które nikogo nie obchodziło

To nie była „fikcyjna choroba” ani jednodniowe zwolnienie. Miałem ciągłość L4, którą widać w dokumentach:

  • zaświadczenie o niezdolności do pracy od 1.01.1999 r. do 15.01.1999 r. (15 dni),
  • zwolnienie lekarskie od 16.01.1999 r. do 1.02.1999 r. (17 dni),
  • kolejne zwolnienie od 2.02.1999 r. do 3.03.1999 r. (30 dni).

Trzy kolejne zwolnienia lekarskie z przełomu 1998/1999 r. – pełna ciągłość L4, którą ZUS i Policja uznały za… problem drugiej strony.

Do tego dochodzą notatki i zalecenia z wizyt lekarskich z końca 1998 i 1999 r. – pomiary ciśnienia, zapisy leków, skierowania na badania (m.in. EKG, EKG 24-godzinne). To nie jest „symulant”, tylko człowiek, u którego lekarze widzą realne problemy zdrowotne.


Fragment dzienniczka leczenia: kolejne wizyty, pomiary, leki i badania. Choroba jest udokumentowana – to system udaje, że jej nie widzi.

Omdlenie w domu: „cudem przeżyłem”

Na papierze moja choroba wygląda jak suche cyferki: ciśnienie, leki, skierowania na badania. Za jedną z tych notatek stoi jednak historia, która mogła zakończyć się tragicznie.

Było to pod koniec września 1999 roku, tydzień–dwa po rozpoczęciu nowej pracy. Wróciłem do domu zmęczony, położyłem się na krótką drzemkę. Kiedy gwałtownie wstałem z łóżka, zrobiło mi się całkowicie ciemno przed oczami. Takie „odjazdy” zdarzały mi się wcześniej często, ale uważałem, że to normalne – dziś wiem, że miały ścisły związek z problemami krążenia i żylakami

Uwaga dla Ciebie, Czytelniku:

Jeśli po wstaniu z pozycji leżącej czujesz szumy w uszach, zawroty głowy albo choćby na chwilę robi Ci się ciemno przed oczami, to może być sygnał problemów z krążeniem lub ciśnieniem.

Nie wstawaj wtedy gwałtownie. Usiądź na brzegu łóżka, oprzyj stopy o podłogę, odczekaj chwilę, aż przestanie Ci pulsować i szumieć w głowie. Dopiero potem powoli wstań – tak jest bezpieczniej.

To nie jest porada medyczna. Jeśli takie objawy się powtarzają, skontaktuj się z lekarzem – lepiej sprawdzić przyczynę, niż pewnego dnia obudzić się na podłodze we własnej krwi, tak jak ja.

Tym razem nie zatrzymało się na „mroczkach przed oczami”. Straciłem przytomność. Upadając, zostałem dosłownie naprowadzony przez futrynę drzwi prosto na kant niskiej szafki. Moja głowa uderzyła w narożnik z pełnym impetem bezwładnego ciała.

Pamiętam, że kiedy wstawałem z wersalki – było jasno. Kolejny przebłysk świadomości to już mgła, ale było ciemno: przerażenie mojej dziewczyny, która wróciła z pracy do mieszkania, gdzie znalazła mnie w kałuży krwi. Musiałem tam leżeć parę godzin. Cudem przeżyłem.


29 września 1999 r.: w dokumentacji lekarz zapisuje „omdlenie z utratą przytomności” i zleca badania EKG, w tym 24-godzinne. Za tym jednym zdaniem kryje się domowy wypadek, po którym moja dziewczyna znalazła mnie nieprzytomnego w kałuży krwi.

System widział tylko wyniki badań i krótką notatkę w zeszycie lekarskim. Nie widział człowieka, który po miesiącach stresu ponad siły, z niewydolnością żylną i nawracającymi zasłabnięciami, dosłownie otarł się o śmierć. Ten epizod był kolejnym sygnałem alarmowym, który został odhaczony pieczątką i odłożony do segregatora.

Geneza „Dłużnika”

To właśnie w tym momencie powstała dziura budżetowa w moim życiu, której nie dało się zasypać. Jeśli nagle, z dnia na dzień, w trakcie choroby, odcina się ojcu rodziny źródło dochodu, a instytucje państwowe przerzucają się odpowiedzialnością, to nie jest „niegospodarność”. To jest systemowe wpędzanie w nędzę.

Od lutego 1999 r. żyłem bez wynagrodzenia i bez zasiłku chorobowego, choć miałem ważne zwolnienia i trwało leczenie. Z perspektywy gabinetów wszystko się „zgadzało”: ZUS umył ręce, Policja schowała rozkaz, a ja po prostu zniknąłem z rubryki „koszty”.

Jak jeden urzędniczy kwit przerwał ciągłość alimentów

Żeby zrozumieć, skąd wziął się „dłużnik alimentacyjny Żbikowski”, trzeba zestawić ze sobą trzy fakty:

  1. do końca 1998 r. miałem stałą pensję policjanta, z której sam, dobrowolnie i regularnie opłacałem alimenty przekazami pocztowymi na rzecz córki (z zachowanymi potwierdzeniami tych wpłat),
  2. od stycznia 1999 r. byłem niezdolny do pracy, co potwierdzają kolejne zwolnienia lekarskie (L4) i dokumentacja medyczna,
  3. w lutym 1999 r. ZUS stwierdził, że nie mam prawa do zasiłku chorobowego i odesłał mnie do Policji, a Policja jednocześnie twierdziła, że już dla niej „nie istnieję” jako funkcjonariusz.

Ten moment – decyzja ZUS z 22.02.1999 r. plus odmowa wypłaty wynagrodzenia przez Policję – był punktem zwrotnym: od tego dnia formalnie miałem alimenty do zapłacenia, ale nie miałem żadnego legalnego dochodu. Do tego czasu alimenty były płacone przeze mnie dobrowolnie, bez komornika i bez przymusowych potrąceń.

Algorytm był prosty:

  • 31.12.1998 r. – Policja „zwalnia” mnie ze służby na papierze, nie doręczając rozkazu. (zobacz dokument)
  • styczeń–marzec 1999 r. – jestem na zwolnieniach lekarskich, niezdolny do pracy, bez wynagrodzenia.
  • 22.02.1999 r. – ZUS odmawia zasiłku i odsyła po pieniądze do Policji. (zobacz dokument)
  • alimenty nadal biegną, bo wyrok sądu rodzinnego ich nie zawiesza ani nie anuluje.

Efekt? Nie trzeba być biegłym z zakresu finansów, żeby zrozumieć, że jeśli w rodzinie znika nagle jedyne źródło dochodu, a państwo blokuje jakiekolwiek świadczenia chorobowe, to ciągłość płatności alimentów pęknie. Nie dlatego, że dłużnik „nie chce” płacić, ale dlatego, że obiektywnie nie ma z czego.

Od chorego funkcjonariusza do „sprawcy przestępstwa alimentacyjnego”

W takiej sytuacji była żona zrobiła to, do czego system ją wręcz zachęca: złożyła zawiadomienie do prokuratury, że „nie płacę alimentów”. Na papierze wszystko się zgadzało:

  • jest wyrok zasądzający alimenty,
  • są zaległości, bo żadna instytucja nie wypłaca mi pieniędzy,
  • w statystykach prokuratury pojawia się nowa sprawa z art. o niealimentacji.

W tym obrazie ginie jednak kluczowy element: przy przestępstwie alimentacyjnym nie chodzi o sam fakt, że powstał dług, ale o to, czy zobowiązany miał realną możliwość wywiązywania się z obowiązku. W moim przypadku ta możliwość została zniszczona decyzjami tych samych organów państwa, które później – po zawiadomieniu żony – zaczęły mnie ścigać jako „uchylającego się od płacenia”.

Inaczej mówiąc: najpierw ZUS i Policja odcięły mi tlen finansowy, a potem ten sam system zapytał, dlaczego nie oddycham. Z chwili, w której urzędnik ZUS przybił pieczątkę pod pismem z 22 lutego 1999 r., była już prosta droga do powstania zaległości alimentacyjnych, a następnie do zawiadomienia prokuratury.

Warunkowe umorzenie: jak spłata kredytu stała się „przestępstwem alimentacyjnym”

Po zawiadomieniu złożonym przez byłą żonę prokuratura wszczęła przeciwko mnie postępowanie z art. 209 k.k. Na sali sądowej miałem bardzo prostą linię obrony:

  • kredyt na dom został zaciągnięty w trakcie trwania wspólności majątkowej, z podpisem mojej żony,
  • za ten kredyt poręczył mój przyjaciel z jednostki, Marek („Łysy”), o którym szerzej piszę w tekście „Honor oficera”,
  • brak spłaty oznaczałby egzekucję komorniczą zarówno wobec mnie, jak i wobec mojej byłej żony oraz ryzyko zajęcia majątku żyranta.

Innymi słowy: spłacając raty kredytu w pierwszej kolejności, chroniłem nie tylko przyjaciela, ale też matkę mojego dziecka przed komornikiem. Dług, który był wspólny, brałem na siebie, żeby ktoś inny nie płacił za moje decyzje.

Te argumenty mogły doprowadzić do uniewinnienia – pokazywały, że nie „uchylałem się” od obowiązku, tylko w warunkach wymuszonej biedy ratowałem najpierw wspólny dom, a nie własną wygodę.

Wtedy jednak uwierzyłem adwokatowi. Usłyszałem od niego zapewnienie: Przyzna się Pan, wyrazi skruchę, weźmie Pan warunkowe umorzenie, nie będzie Pan formalnie karany i zachowa Pan pracę w ochronie. Zgodziłem się. W efekcie przyznałem się przed sądem do niealimentacji, a w wyroku zapisano obowiązek „naprawienia przestępstwem szkody”.

Tak powstał paradoks:

  • chroniłem byłą żonę i żyranta przed komornikiem, spłacając kredyt zaciągnięty na nasz wspólny dom,
  • a państwo opisało to w aktach jako „przestępstwo niealimentacji” zakończone warunkowym umorzeniem i nakazało cytuję: "przestępstwem naprawić szkodę", (zobacz wyrok)
  • ten właśnie wpis o warunkowym umorzeniu trafił potem do Krajowego Rejestru Karnego i został bezprawnie ujawniony mojemu pracodawcy, co stało się pretekstem do wyrzucenia mnie z pracy w Impelu. (zobacz dokumenty)

Gdy dziś ktoś powołuje się na tamtą sprawę karną jako dowód mojej „nieodpowiedzialności finansowej”, warto pamiętać, że w jej tle jest kredyt na rodzinny dom, podpis mojej byłej żony i słowo dane Markowi („Łysemu”), że komornik nigdy nie zapuka do jego drzwi. To za dotrzymanie tego słowa zapłaciłem etykietą „niealimentatora”, utratą pracy i kolejną spiralą długów.

W innych eksponatach Muzeum Bezprawia pokazałem już, jak ten „warunkowo umorzony” epizod został później wykorzystany przez Biuro Informacyjne KRK i sądy – najpierw jako pretekst do wyrzucenia mnie z pracy, a potem jako argument przeciwko mojemu powrotowi do służby. Ten tekst dopisuje do tej układanki brakujący element: moment zerwania ciągłości dochodu i dobrowolnie płaconych alimentów w 1999 roku, z którego wyrósł cały późniejszy mechanizm niszczenia mnie jako ojca i funkcjonariusza.

Zbigniew Żbikowski, podkomisarz Policji (formalnie w służbie – bez przydziału służbowego, bez doręczonego rozkazu o zwolnieniu, raz „funkcjonariusz”, raz „kandydat”, w zależności od potrzeb systemu)



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

ZARZUT WIDMO. Jak Rzecznik Policji mnie oczerniła, a potem Policja ścigała mnie za biedę, którą sama stworzyła.

Muzeum Bezprawia: Czy Wy Też, Tak Jak Ja, Macie Prawomocny Wyrok Sądu, Który Pozwala Wam Popełniać Przestępstwa, By Spłacić Długi?

Muzeum Bezprawia – Akta: KRK → pracodawca → zwolnienie (łańcuch dowodowy 2001–2005)